wtorek, 25 marca 2014

Dziennik Zimowy, Paul Auster, recenzja + zdjęcia.






Ty, mityczny pisarzu coś olśnił nowojorskim stylem. 

Ty, ofiarodawco autobiografii, coś skomentował i mnie, i jego. 

Ty, czytelniku co dzieło masz w ręce pomyśl, 

Że nic tak dobrego więcej odczuwać nie będziesz.







W zamyśleniu dotykasz zabliźnionego czoła. To ślad twojego życia, które pamiętasz dziś lepiej niż kiedykolwiek. Otoczony kumplami i ciepłem letniego dnia, biegniesz grać w dwa ognie na szkolnym boisku. Podniecające przeczucie wygranej pryska, kiedy z rozpędu uderzasz w ceglany mur. 

To wrażenie wraca dziś po tym, jak prześledziłeś umysłem Zimowy dziennik Paula Austera. Kolejne strony lekkich wibracji pobudziły cię do przywoływania wspomnień, analizy ciała w przestrzeni życia i kontekście wydarzeń. Analogie odczuć silnie wstrząsnęły, zaś całokształt wbił w świadomość przyjemnego uniwersalizmu ludzkiej egzystencji.

Dziś masz 30 albo jak on, 64 lata. Wyrzeźbione w mięśniach, tłuszczu i przeżyciach ciało wytrwale niesie ducha spacerując chodnikami miast. Usta całujące pierwszy urok, dłonie ściskające pożądanie i członek, który wieńczy zmysłowości. Jesteś całością części, które pamiętają niezliczone minuty w tramwaju, posiedzenia na sedesie, kontemplacje na kanapie i pracę przy biurku. Twoje ciało niezmiennie napędza duch, miłość i konieczność przetrwania.

Co dnia jątrzą cię ułomności, które starasz się zaakceptować. Problemy z orientacją w przestrzeni, tryper, który złapałeś gdy miałeś dwadzieścia lat, wypadek, w którym omal nie zginęła twoja rodzina i momenty, w których ciało trawiło cię widmem śmierci. Te kolejne punkty na osi czasu stanowią bilans przystanków na drodze od urodzenia do teraz.

Jak dotąd przeprowadzałeś się dwadzieścia jeden razy. Tam, gdzie przez kilka miesięcy płaciłeś rachunki za gaz i elektryczność nie zostało po twojej obecności nic, prócz wspomnień burzliwych dyskusji z byłą żoną i skrawków zapomnianych przyjemności. Kalifornia, Brooklyn, Manhattan, Var w południowo-wschodniej Prowansji, Paryż – wszędzie tam nie masz nic, prócz historii do opowiedzenia. 

Przenosząc się myślami w obskurne wnętrzach paryskiej służbówki wspominasz prostytutkę, która w odpowiedzi na wiadomość, że piszesz wiersze, przytoczyła Ci długie fragmenty Baudelaire’a. ,,Był to jeden z najniezwyklejszych momentów w twoim życiu, jeden z najszczęśliwszych, i kiedy potem wróciłeś do Nowego Jorku i powstawał następny rozdział twojego życia, dalej myślałeś o Sandrze, o godzinach spędzonych z nią tamtej nocy, zastanawiając się, czy nie powinieneś wskoczyć do samolotu, polecieć do Paryża i poprosić ją, by za ciebie wyszła.” Nie żałujesz jednak, że nie zrealizowałeś tej fantazji.

Od samego początku, jak tylko poznałeś swoją żonę, z którą jesteś do dziś, wszystko było inaczej. Żaden wytwór wyobraźni, żadna projekcja własnych upodobań, lecz rzeczywista osoba, która narzuciła ci swoją rzeczywistość. Uwielbiałeś ją i po raz pierwszy w życiu osoba, którą uwielbiałeś, uwielbiała ciebie. Z tą piękną, olśniewająco inteligentną kobietą stworzyliście realia, których szczęściu nie możesz się nadziwić. 

Idziecie razem ku śmierci, od której nie ma nic bardziej gorzkiego, ale (jeśli się potrafi), trzeba umrzeć jako osoba kochana. Te poruszające sentencje Jouberta ukazują ,,wyjątkową wrażliwość ducha, ciężko zdobyte pojęcie o tym, jak trudno jest być kochanym przez innych. J e ś l i s i ę p o t r a f i. Nie ma chyba większego osiągnięcia dla człowieka niż pod koniec życia być kochanym przez innych, bez względu na to, czy ten koniec jest gorzki, czy nie.” 

Po Dzienniku zimowym gorzko ci w tożsamej wrażliwości, choć jego odbiór osłodziła ci wielka wartość literacka formy, bezpośrednio przenikająca w twoje Ja. Dzięki jego życiu przypomniałeś sobie swoje blizny i tłumiony gniew, pierwszy pocałunek i ostatnią złą decyzję. Jej uśmiech przebudzenia, ból rozstania i tęsknotę pustki. Dziś doceniasz, że jesteś, istniejesz kochany i kichasz, smarkasz, bekasz i pierdzisz. Bo ciało ludzkie nie jest ci obce. Wrogiem może być umysł, akceptacja czy czas, ale wszystko to oswaja słowami Auster. 

Obnażając się przed nami, wszystkich nas ukazał nagich.














Zdjęcia: Natalia Sułkowska 

3 komentarze:

  1. Świetna recenzja! Paul Auster siedzi sobie spokojnie na mojej bibliotecznej półce, ale jak dotąd nie dane było mi go poznać. Czuję jednak, że już niedługo "Szaleństwa Brooklynu" ukażą mi się w pełnej krasie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Czy będzie recenzja "Bezbarwnego Tsukuru Tazakiego i lat jego pielgrzymstwa"? Bardzo jestem ciekaw, jak odebrałaś tę lekturę :)

    OdpowiedzUsuń