Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hubert Klimko-Dobrzaniecki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hubert Klimko-Dobrzaniecki. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 16 lipca 2013

Dom Róży, Krysuvik, Kołysanka dla wisielca - Hubert Klimko-Dobrzaniecki.


Smutkiem podszyte, prostą tęsknotą skrywaną przez każdego z nas. Za babcinym wiosną ogrodem, grą w ,,palanta” na boisku z kolegami czy pierwszym całusem pod przedszkolnym stołem w porze obiadu. Zapachem jego ubrań i jej nadgarstków, przeszywającym bólem po stracie, ekstremalne emocje są przecież lepsze od nicości, która niedługo, nieuchronnie nas dopadnie. 


 Dwustronna opowieść, wieloznaczna konstrukcja, mnogowątkowa, przejrzysta, bolesna. W moim odczuciu nie jest istotne, czy zaczniemy lekturę od strony okładki z mężczyzną i symboliczną wiolonczelą czy od pięknej siwowłosej kobiety, umajonej ciepłymi kolorami. Po przeczytaniu całości, opowieści stworzą powieść, o ludziach cierpiących, a mimo to szczęśliwych, oszalałych z cierpienia i takich z nim oswojonych, pogodnych straceńców kąpiących się resztkami sił w zimnym morzu nadziei.

 Poznajemy bohatera-imigranta, znajdującego pracę na mrocznej, ciemnozielono-czarnej wyspie zwanej Islandią. Miejscu, gdzie się ucieka niepostrzeżenie łapiąc w pułapkę postawioną na Twoje szczęście i wolność. Krainie szarych kamieni i zapachu suszonych ryb, łódek pełnych dorszy, gór lodowych i marzeń o szklarni mimo psiej pogody. Nadziei na spotkanie tej jednej, wyjątkowej, pięknej, kiedy wszystkie wokół brzydkie, rozchełstane i tfu! zbyt łatwe.

 Praca w domu starców nie jest niczyim szczytem marzeń, no może pomijając licznych tam homoseksualistów, ale nie jest tajemnicą, że oni po prostu lubią babrać się w tyłkach. Tam - w Reykjaviku, w ogromnym domu starców położonym tuż przy dużym basenie i schronisku młodzieżowym. Pełnym ludzi sparaliżowanych, po wylewach, odstawionych przez dzieci do małego pokoiku pełnego pieluch, na jak najszybszą śmierć, odziedziczenie majątku i spłacenie długu za dużego Forda. I w tym wszystkim on, nasz bohater, którego poziom wrażliwości jest oczko wyżej od pozostałych, pnący się po schodach na sam szczyt - Państwo Dach, gdzie starcy są już nie tylko zdziecinniałymi obsrańcami, ale członkami rodziny, bogaczami godnymi ciepłych słów i uwagi.

 Wśród uprzywilejowanych, rezyduje niewidoma staruszka, której tragiczna historia opowiedziana z perspektywy prostego mężczyzny, pragnącego wybudować dom, znaleźć miłą kobietę i spłodzić dzieci, stanowi kolejny fragment pełnego uroku zbioru opowiadań.

 Trzeci, dotyczy przyjaźni i bezsilności wobec pewnych czynników skutkującej bolesnym odejściem. Hubert Klimko-Dobrzaniecki namalował mi to opowiadanie, barwami granatu, błękitu, złota, bieli i czerni. Smutek przerywany głośnym śmiechem, a po lekturze długo, długo nic, oprócz myśli.

Uważam, że to najlepsze jak dotąd teksty autora, do którego nie kryję sympatii i uznania. Powstały one jako jedne z pierwszych na jego długiej, wielozadaniowej drodze męża, podróżnika, marzyciela i pisarza. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że wszystkie te opowieści, przynajmniej częściowo, zdarzyły się naprawdę, że tylko życie może ułożyć takie cudne sploty wydarzeń. Przez te kilka długich chwil, kiedy siedziałam z nosem w książce, szalenie się do niej przywiązałam. Na tyle, że mogłabym nie kończyć tej recenzji, ale tak jak niechybnie skończyła się jej treść, kończę i ja.



środa, 26 czerwca 2013

Grecy umierają w domu - Hubert Klimko-Dobrzaniecki

Jeden z najbardziej niedocenionych i nieznanych pisarzy polskich, godnych naszej dumy i zadumy, Hubert Klimko-Dobrzaniecki to autor, któremu nie w smak nasza ignorancja, dlatego wydaje głównie za granicą. Na szczęście dobrze czuje i smakuje pisanie, nie zniechęca się indyferencją rodaków i dzięki temu, mamy możliwość zgłębiania jego opowieści różnej treści. 


Tym razem jest o Grekach, Polakach pochodzenia greckiego czy też o Polakos – Grekach, którzy przez wiele lat mieszkali w Polsce i dlatego dla tamtejszych są Polakami. Kwestie świadomości są niezmienne, na zawsze pozostaną Grekami, których szałas wbity w ziemię nie pójdzie w zapomnienie mimo, że w końcu dorobią się własnego mieszkania.

Charyzma postaci, to pierwszy atut, który bezwiednie wpisuję w klawiaturę. Ojciec, Posejdon snujący morskie historie, jest dla syna Sakisa niczym mityczny Zeus nadziei. Jego grappa to ciasteczko z puszkowaną brzoskwinią jedzone uroczyście co niedziela. Długa, ruda broda, hodowana latami to oznaka pysznej męskości, bez której nie byłoby greckiego przywódcy taksówkarzy. Prostota formy i fantazja pryncypiów warunkujących godne życie, miłość do rodziny i cykad oraz nutka hardego, racjonalnego ateizmu to część Arisa, stęsknionego za ojczyzną. Druga jego połowa, to tajemnica.

Perspektywa dorosłego syna przebiega w spokojnym ośrodku dla pisarzy, poetów, dziennikarzy i tłumaczy. Miejscu, gdzie nie dosięgają ateńskie zamieszki, a ludzie przyjeżdżają co roku, na dwa tygodnie lub dłużej, by zaczerpnąć świeżego powietrza i względnego spokoju. Przekrój wczasowiczów przez loverboya, po Włoskiego outsidera kończy się na roześmianej i rewelacyjnie gotującej Eris, która może chce więcej niż tylko spędzić miło czas? To tu Sakis po wielu latach literackiego milczenia pisze książkę o aspekcie szalenie ważnym tak dla niego jak i dla każdego z nas, miłości do ojca.


Szalenie żałowałam, że byłam zmuszona czytać tę powieść na raty. Chciałoby się od niej nie odrywać. Przyklejonym chodzić z nosem w polsko-greckich realiach wśród uniwersalnych stwierdzeń. Wątek poezji, której bohater zarzeka się nie uprawiać ujawnia się w rymowanych zdaniach, co do których mam mieszane uczucia. Pochwalić należy konstrukcję i nieprzesadny naturalizm, które są ogromnym atutem Dobrzanieckiego. Naprawdę warto poznać Huberta i jego pomysł na literaturę.