Mówi się że geniusze literatury tworzą poezję, ludzie wybitni piszą opowiadania, a utalentowani powieści. I coś w tym jest, bo wielką sztuką jest zakląć skomplikowany świat w krótkim tekście kończącym się tam, gdzie powieść zwykle dopiero się zaczyna. Dowodem na to jest ,,Kowbojskie tango” Maggie Shipstead - zbiór 10 historii zachwycających pisarskim kunsztem, wciągających w nieprzewidywalne koleje losu bohaterów i dowodzących, jak wielka siła przekazu drzemie w misternie przemyślanej formie.
Od jakiegoś czasu literatura typowo amerykańska, tak samo jak kultura (czy może jej brak?) i polityka tego kraju potwornie mnie męczą. Fabuły i triki wyjęte jakby z tego samego kursu creative writing, powtarzalne fabuły, zalew ,,bestsellerów” typu Yellowface - literatury popowej, netflixowej i wartej mało, o ile coś, cokolwiek. Shipstead się nie certoli z trendami, bierze byka kanonu za rogi i ujeżdża go przez 10 ekscytujących rund. Po historii kowbojskiej rozprawia się z egocentrycznym literatem, a jakże - każda uznana osoba pisząca ma taki tekst na swoim koncie, ale dorównać Austerowi czy Coetzee potrafi niewiele z nich, a Shipstead owszem, przeskakuje i tę poprzeczkę. Później ujeżdża konia charakterystycznego twórczości Ann Patchett i snuje migotliwą historię niewidomego filantropa zakończoną genialną sceną podziemnego paryskiego rave’u. Jest i ekscytująca fabuła o młodej gwiazdce Hollywood uwikłanej w sektę i uzależnionej od dragów. Jest i ukochany przez (mam wrażenie wszystkich czytelników oprócz mnie) gatunek - thriller, którego akcja rozgrywa się podczas miesiąca miodowego młodej pary. Ah jak żałuję, że już nigdy nie przeczytam go pierwszy raz! I kiedy myślisz, że lepiej już być nie może, pojawia się ona - historia o atletach zgromadzonych w wiosce olimpijskiej gdzie dosłownie czujesz chmury unoszącej się nad lekkoatletami kredy i podniecenia. Zresztą wiele scen tych wyważonych co do przecinka opowiadań aż kipi od erotyzmu, pożądania świdrującego wyobraźnię, wywołującego łaskotanie w podrzbrzuszu.

Autorka przykłada lupę tam, gdzie amerykańskie społeczeństwo pokazuje swoją prawdziwą twarz - twarz smutnego kowboja, sfrustrowanego literata, wyniosłej pisarki, małolaty ogłupionej narkotykami i karierą, na której grzbiecie jeździ jej własny ojciec. Matki bohaterów stoją z boku, zachowują dystans, pojawiają się tylko wtedy, kiedy trzeba ratować sytuację. To też bardzo wymowne, bo ponad 26%, tj. 19 milionów dzieciaków w Stanach dorasta w niepełnych domach.
To historie o samotności, zagubieniu, ułudzie wolności i jeszcze większej ściemie zwanej amerykańskim snem. Opowieści o człowieku, a raczej człowieczku - homunkulusie marzącym o miłości, o byciu kochanym a poddającym się erotyzmowi, zaś miłość romantyczna, uznawana za prawdziwą pozostaje niespełniona.
Autorka przypieczętowuje tym zbiorem swoje dwie poprzednie, bardzo dobre powieści, ale mam wrażenie, że dopiero w tych opowiadaniach pokazała czytelnikom na co ją stać, do czego jest zdolna, jak wielki talent, warsztat i wrażliwość stoi za jej sukcesem.
,,Kowbojskie tango” zaczyna się tak: ,,Kiedy pan Glen Karpenbausch ją zatrudnił, Sammy Boone miała szesnaście lat i była tak chuchrowata, że całe jej tyczkowate ciało bez problemu mieściło się w kręgu cienia rzucanego przez jej kapelusz.” A teraz uwierzcie - każde zdanie tego zbioru jest równie przemyślane, działające na rozwibrowaną wyobraźnię, zachwycające warsztatem pisarskim i tłumaczeniowym, bo Justyn Hunia dokonał tu nie mniejszego literackiego cudu co sama autorka. Kowbojskie kapelusze z głów - przed Maggie Shipstead, tłumaczem oraz twórcą przepięknej okładki - Tomaszem Majewskim.
Mam ochotę krzyknąć: tak się pisze opowiadania!
PS: Dziękuję za uwagę i poświęcony czas! Zapraszam na profil instagramowy @czytaniewwannie.
Zaś za udostępnienie pięknych zdjęć dziękuję @olademolka, fotografowała: @klinicka_pa
Zaś za udostępnienie pięknych zdjęć dziękuję @olademolka, fotografowała: @klinicka_pa



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz